|
muzyka alternatywna i okolice
Blog > Komentarze do wpisu
Powrót chłopaków z werwą
Słuchacze dostrzegli The Verve dopiero kiedy chłopaki spuścili z tonu i wydali legendarne Urban Hymns, które wkrótce stały się ulubioną płytą twórców reklam. Novum polegało na szerokim wykorzystaniu delikatnej muzyki symfonicznej, która kontrastowała z brutalnymi tekstami o życiu i ćpaniu. Gorzka esencja tej płyty zawarła się już w pierwszych jej słowach: "Cause it's a bitter sweet symphony, this life". U szczytu kariery zespół nagle się rozpadł. Lider Richard Ashcroft rozpoczął mało spektakularną solową karierę, a reszta składu całkowicie znikła na ponad dziesięć lat. Wrócili bez zapowiedzi i już tytułem płyty ("Forth" – "Naprzód") dali znać, że na tym się nie skończy. I nawet, jeśli nie zaproponowali nic równie oryginalnego jak "Urban Hymns", to i tak świetnie dali sobie radę. Już okładka tego albumu wprowadza w marzycielską, trochę odległą atmosferę. Wyobrażamy sobie, jak zakładamy słuchawki i odlatujemy w spokojne niebo. Zostaniemy tam do końca, bo cała płyta utrzymana jest w podobnej, łagodnej stylistyce, choć nie brakuje jej popowego feelingu i psychodelicznych nawiązań do początków kariery. Najpierw jest ozdobiony trip-hopowym sznytem Sit and Wonder, przypominający brzmieniem UNKLE (z którym Ashcroft nagrał w 1998 roku kawałek Lonely Soul). Bardziej przebojowy singiel pod numerem dwa – Love is Noise – bazuje na dwóch prostych samplach "uhu" i "aha". Gdyby nie trwał pięć i pół minuty, mógłby z powodzeniem śmigać w porannym radiu. Tekst to kilka prostych, ale bardzo celnych przemyśleń o miłości. Numery trzy do pięć noszą delikatne znamiona wypełniaczy, ale ewentualne negatywne odczucia szybko odchodzą w niepamięć przy dźwiękach szóstki – I see houses. Skojarzenia z poprzednim albumem jak najbardziej uzasadnione. Wszystko zasadza się na prostej perkusji, minimalistycznym fortepianie, dyskretnym symfonicznym tle i magicznym wokalu, przechodzącym niekiedy do recytacji. Noise Epic to hołd złożony początkom istnienia kapeli. Nick McCabe podkręcił przester i bawi się sprzężeniami. Wokal przechodzi przez masę efektów, które pozwalają zbudować psychodeliczny majstersztyk w nowoczesnym stylu. W kontrapunkcie dla jadącej na ciągłym przepięciu gitarze plumka schowany za ścianą dźwięku bas. W końcowej szarży przypomina o sobie perkusista, zamiatający płaskimi, szybkimi uderzeniami. Kawałek zamyka się mantrowym "Wake up!". Zaraz potem przychodzi ukojenie i powtarzające się od czasu do czasu odjazdy w stylu Sonic Youth z okresu Daydream Nation. Finalnie zostaje wrażenie zupełnego luzu. Żółtawe chmury rozwiewają się w ostatnich, melancholijnych zwrotkach Appalachian Springs i łagodnych gitarowych sprzężeniach. Można wstać i wrócić do codziennych czynności, ale już uzbrojonym w dużą dawkę spokoju i dystansu. The Verve - Forth sobota, 20 września 2008, bekonowicz
Komentarze
augustc
2008/09/22 13:01:08
Oj, nie zgadzam się, że "Rather be" to wypełniacz, jeden z ciekawszych i bardziej przebojowych utworów na tej płycie. Jednak chyba wszyscy są zgodni co do tego, że "i See houses" to najlepsza piosenka na "Forth".
2008/09/22 13:43:08
Większość jest raczej zgodna, że to w ogóle kiepska płyta, ale ja jestem innego zdania.
Dla mnie najfajniejsze są pierwsze dwa kawałki, I see houses i Noise Epic. Ale nie da się wybrać jednego, bo wszystkie się od siebie wg mnie różnią. |
|