muzyka alternatywna i okolice
Kategorie: Wszystkie | recenzje | rozważania | zestawienia
RSS
sobota, 20 września 2008

The Verve - ForthKiedy zaczynali na początku lat dziewięćdziesiątych, nikt ich nie rozumiał. Wtedy brytole nie chcieli słuchać psychodelicznego rocka. Na A Storm in Heaven i A Norhern Soul było słychać co prawda inspiracje bijącym rekordy popularności britpopem, ale znacznie mocniej dawały o sobie znać naleciałości Sonic Youth i oryginalnych mistrzów psychodelii z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych.

Słuchacze dostrzegli The Verve dopiero kiedy chłopaki spuścili z tonu i wydali legendarne Urban Hymns, które wkrótce stały się ulubioną płytą twórców reklam. Novum polegało na szerokim wykorzystaniu delikatnej muzyki symfonicznej, która kontrastowała z brutalnymi tekstami o życiu i ćpaniu. Gorzka esencja tej płyty zawarła się już w pierwszych jej słowach: "Cause it's a bitter sweet symphony, this life". U szczytu kariery zespół nagle się rozpadł. Lider Richard Ashcroft rozpoczął mało spektakularną solową karierę, a reszta składu całkowicie znikła na ponad dziesięć lat.

Wrócili bez zapowiedzi i już tytułem płyty ("Forth" – "Naprzód") dali znać, że na tym się nie skończy. I nawet, jeśli nie zaproponowali nic równie oryginalnego jak "Urban Hymns", to i tak świetnie dali sobie radę.

Już okładka tego albumu wprowadza w marzycielską, trochę odległą atmosferę. Wyobrażamy sobie, jak zakładamy słuchawki i odlatujemy w spokojne niebo. Zostaniemy tam do końca, bo cała płyta utrzymana jest w podobnej, łagodnej stylistyce, choć nie brakuje jej popowego feelingu i psychodelicznych nawiązań do początków kariery.

Najpierw jest ozdobiony trip-hopowym sznytem Sit and Wonder, przypominający brzmieniem UNKLE (z którym Ashcroft nagrał w 1998 roku kawałek Lonely Soul).

Bardziej przebojowy singiel pod numerem dwa – Love is Noise – bazuje na dwóch prostych samplach "uhu" i "aha". Gdyby nie trwał pięć i pół minuty, mógłby z powodzeniem śmigać w porannym radiu. Tekst to kilka prostych, ale bardzo celnych przemyśleń o miłości.

Numery trzy do pięć noszą delikatne znamiona wypełniaczy, ale ewentualne negatywne odczucia szybko odchodzą w niepamięć przy dźwiękach szóstki – I see houses. Skojarzenia z poprzednim albumem jak najbardziej uzasadnione. Wszystko zasadza się na prostej perkusji, minimalistycznym fortepianie, dyskretnym symfonicznym tle i magicznym wokalu, przechodzącym niekiedy do recytacji.

Noise Epic to hołd złożony początkom istnienia kapeli. Nick McCabe podkręcił przester i bawi się sprzężeniami. Wokal przechodzi przez masę efektów, które pozwalają zbudować psychodeliczny majstersztyk w nowoczesnym stylu. W kontrapunkcie dla jadącej na ciągłym przepięciu gitarze plumka schowany za ścianą dźwięku bas. W końcowej szarży przypomina o sobie perkusista, zamiatający płaskimi, szybkimi uderzeniami. Kawałek zamyka się mantrowym "Wake up!".

Zaraz potem przychodzi ukojenie i powtarzające się od czasu do czasu odjazdy w stylu Sonic Youth z okresu Daydream Nation. Finalnie zostaje wrażenie zupełnego luzu. Żółtawe chmury rozwiewają się w ostatnich, melancholijnych zwrotkach Appalachian Springs i łagodnych gitarowych sprzężeniach. Można wstać i wrócić do codziennych czynności, ale już uzbrojonym w dużą dawkę spokoju i dystansu.

The Verve - Forth
Virgin Records Ltd. 2008
próbki do posłuchania

20:09, bekonowicz , recenzje
Link Komentarze (2) »

O Klaudii Kulawik wie już cała Polska. Kilka minut w TVNie wystarczyło, żeby drzwi do sławy zostały otwarte. Teraz trzeba jeszcze przez nie przejść.

Klaudia ma świetny głos i masę pokory. Szkopuł w tym, że nie wygląda na osobę z charakterem. Co się zresztą dziwić. Ma dopiero jedenaście lat i mieszka w małej miejscowości Chechło koło Pustyni Błędowskiej. Modlę się, żeby "specjaliści", którzy być może wezmą jej talent do obróbki, nie zrobili z niej drugiej Kasi Cerekwickiej.

Klaudia zaśpiewała Dziwny jest ten świat z 1967 roku. Sztandarowa piosenka Czesława Niemena. Jej tekst nie jest może wybitny, ale dzięki świetnej muzyce zyskuje na sile. Co ciekawe, kawałek It's a man's man's man's world mojego ulubieńca Jamesa Browna jest momentami bardzo podobny do piosenki Niemena, a powstał rok wcześniej (1966). Chyba można podejrzewać Niemena o lekką inspirację. Z całym szacunkiem.

Czesław Niemen

 

James Brown

 

poniedziałek, 15 września 2008

Szkoda, że nie ma w Polsce więcej dobrych talk-showów, ale co się dziwić. Gwiazd, z którymi można by pogadać, jest niewiele, a reszta to plankton. Jedynym aktywnym polskim showmanem, który ma charyzmę i coś do powiedzenia jest Kuba "Kubek" Wojewódzki, urodzony w tym samym roku co Kazik Staszewski (którego szanuję) i Muniek Staszczyk (do którego podobno jestem strasznie podobny).

Krytykować można go godzinami, ale powiedzmy sobie szczerze: w tym, co robi, jest najlepszy. Inni mogą co najwyżej pucować mu buty. Majewski, młody Koterski, albo tzw. "poważni publicyści" - żaden z nich nie jest i nie będzie w stanie zaangażować uwagi milionów ludzi samą rozmową. Nikt nie będzie na tyle ciekawy, błyskotliwy i "jakiś", żeby przez wiele lat bawić i dystansować ludzi wobec rzeczywistości.

Swoim zachowaniem, pozą, wystawia się na krytykę. Jego nonkonformizm może wyglądać jak popadnięcie w kolejną kliszę. Owszem, pajacowaniem i rubasznymi żartami skupia na sobie uwagę. Ale jednocześnie lansuje niezależne myślenie, zdrowy bunt i wieczną młodość. Nie sprzedaje swojej twarzy firmom płynów do mycia naczyń. Nie prowadzi wieśniackich festiwali. Nie mówi, że coś jest fajne, jeśli według niego nie jest. Balansuje na granicy bycia telewizyjną dziwką i pełnokrwistym publicystą, ciągnąc profity z obu jednocześnie.

Jego program można odbierać na dwóch płaszczyznach. Na tej bezpośredniej jest medialnym fircykiem, który niewybrednymi żartami i chamstwem skupia na sobie uwagę. Ale można też spojrzeć szerzej. Jak gra z telewizją i widzami, bezkompromisowo robiąc sobie z nich jaja. Ten poziom o wiele trudniej dostrzec. Wojewódzki pokazuje masom przemyślane rzeczy pod maską telewizyjnej szopki. Ma swoje głębokie powody, żeby wyznawać takie a nie inne poglądy, ale na potrzeby publiki ubiera je w skandal i prowokację. Doskonale rozumie mechanizmy, według których działają media i skutecznie je wykorzystuje. Jest dziennikarzem na miarę czasów.

Ciekawe jak dalej obejdzie się z nim czas. Ciekawe, co będzie robił po pięćdziesiątce. Może zejdzie ze sceny i napisze poradnik "Jak być kochanym z nienawiści"? Na razie jednak lepiej żeby nie znikał, bo nie ma go kto zastąpić. Oby dożył narodzin swojego następcy.

Czego sobie i Wam życzę.

sobota, 13 września 2008

Nieopatrznie, podczas pisania ostatniej notki, obudziłem NOSTALGIĘ. NOSTALGIA to potężna siła, po której nie wiadomo czego się spodziewać. Czasami porywa do działania, ale znacznie częściej sprowadza gnuśność i apatię.

Krytycy muzyczni (zwłaszcza polscy) wiecznie czują na plecach smutne sapanie NOSTALGII. Nic dziwnego, bo kiedyś faktycznie było lepiej. Lata dziewięćdziesiąte były najlepszym okresem w polskiej muzyce. Festiwale nie zdążyły się zdziwczyć. W szczytowej formie byli Budka Suflera, Perfekt, T.love (kto pamięta Szwagierkolaskę?). Potem giganci przestali tańczyć (ze starości) i została pusta scena.

Wkroczyła na nią NOSTALGIA. Bez problemu znalazła miejsce wśród oderwanych od próbujących zatrzymać czas mediów. Potem wydała na świat radio Złote Przeboje, zabrała Niedźwieckiego Trójce i wciąż sieje apatię. Średniaki, zamiast słuchać skostniałego radia, słuchają Eski, ściągają zagraniczne MP3 i robią kiepskie zrzynki z Anglosasów. Nawet najdrobniejsze przebłyski geniuszu przechodzą bez echa i zaszywają się w podziemiu, bo radia wolą hamować recesję w Stanach, niż przejmować się losami młodych Polaków. Albo, ku czci przeklętej NOSTALGII, uciekać w przykurzone starocie. Ile można, pytam. Ile można.

piątek, 12 września 2008

Pierwszy powiew jesieni zawsze oznacza to samo - wspominki. Każdy ma jakieś wspomnienia z dzieciństwa. Moje jeszcze nie zdążyły pokryć się szlachetną patyną, a już czuję sentyment do rodzinnych kaset Budki Suflera i Perfektu; do starego Radia Zet; do nocnych audycji, kiedy wracaliśmy z wakacji; do Republiki (śpij spokojnie, Grzesiek), Sztywnego Pala. Do Lady Pank (wstydźcie się).

Chętnie zaprosiłbym Was do siebie na jesienne wspominki muzyczne. Niestety to niemożliwe. Ale na szczęście jest youtube...

 

Najlepiej pamiętam Budkę Suflera. Udało im się odejść w dobrym stylu. Byli gigantami, którzy zapisali kawał historii polskiego rocka i kawałeczek - mojego życia.
W 1975 r dwóch przyjaciół zespołu zginęło w Himalajach. I powstała piosenka.
Budka Suflera - Jest taki samotny dom.

 

Tym razem nie Autobiografia. Będzie, jak na pisanie o Perfekcie, nietypowo. Wyspa, drzewo, zamek. Wyjątkowo melancholijnie. Jesiennie.
Szkoda, że nie znalazłem lepszej wersji. Ale niech będzie i ta. Unplugged.

 

Tutaj miałem największy problem. Który kawałek wybrać...? Mniej znany? To może John Belushi. A może właśnie ten, który zna każdy? Kryzysową Narzeczoną?
Ale w końcu zdecydowałem się na piosenkę, która najmocniej utkwiła mi w pamięci. Wersja live z genialnego osiemnastkowego koncertu Lady Pank. W wykonaniu Zbigniewa Hołdysa. Wystarczy przymknąć oko na jego debilną stylizację i można spijać gorzki miód. Mała wojna!

 

Na koniec trochę oszukam. Wcale nie znam tego numeru X lat. To dla mnie świeże wspomnienie z ubiegłych wakacji, kiedy wracałem ze znajomymi z Białej Podlaskiej. Pędziliśmy szybko między polami. Zatrzymaliśmy się na sianokosie za stacją, żeby poleżeć pod błękitnym niebem, powspinać się na wielkie snopki. Średnia wieku koło 23. A wspomnienia takie, których nigdy nie zapomnę.
A i piosenka sama w sobie jest mocno wspominkowa. Najczęściej dedykowana pamięci Riedla. O zmarłych mówi się dobrze, albo wcale. Więc tylko zapowiedź.
TSA - 51.

 

czwartek, 11 września 2008

Spośród muzyków, którzy noszą nazwisko O'Connor, na szczęście nie tylko Sinéad ma coś do powiedzenia. Jest jeszcze Jordan O'Connor - jazzman, który nagrał album z ośmioma improwizacjami opartymi prawie wyłącznie na brzmieniu kontrabasu i ciszy. Udało mu się przy tym uchwycić klimat kameralnego jamu, którego nawet nie wyczyścił ze dyskretnych pomrukiwań i pacnięć w pudło instrumentu. Gdybym trochę lepiej znał się na teorii jazzu, zasypałbym was pewnie masą intelektualnej masturbacji, ale tak mogę jedynie polecić ściągnięcie albumu za darmo z sieci, założenie słuchawek i spokojny chillout z herbatką przy lampce. Tylko uwaga na psychodeliczną pointę.

Jordan O'Connor - Lebreton
TheBreath.com

23:27, bekonowicz , recenzje
Link Dodaj komentarz »

5 podstawowych powodów, dla których kocham Róisín Murphy:

  1. Moloko.
  2. The Time is Now.
  3. Familiar Feelings.
  4. Sing it back.
  5. Koncert w warszawskiej Stodole, na który idę 12 listopada.



sobota, 06 września 2008

 

The Very Sexuals

 

Darmowa muzyka przeważnie jest gówniana, więc odnalezienie w sieci czegoś wartego uwagi sprawia podwójną przyjemność. Frajda jest jeszcze większa, kiedy trafia się na profesjonalnych artystów, którzy pozostawiają słuchaczowi wybór: możesz posłuchać naszej muzyki za darmo w sieci i na tym poprzestać, ale jeśli chcesz, możesz też kupić nasz album i dać nam zarobić. Słuchacz czuje się potraktowany fair, bo ma przed zakupem szansę dokładnie sprawdzić, za co płaci i czuje, że to artyście zależy na nim, a nie na odwrót. Ale nie wszyscy muzycy mogą sobie na to pozwolić – potrzeba pewnej renomy, żeby nawet pomimo umieszczenia muzyki za darmo w sieci zarobić i wyjść na swoje (Radiohead), albo wystarczającej kupy pieniędzy, żeby wydanie jednego albumu za darmo nie było aż tak bolesne (Nine Inch Nails).

Kiedy The Very Sexuals udostępniają swoją debiutancką płytę za darmo, sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Nie mają ani renomy, ani (zapewne) kupy pieniędzy. Po prostu chcą być fair i tym uprzejmym zagraniem zaskarbić sobie uwagę i zawartość portfeli słuchaczy. I moje 12,5 (razem z wysyłką w pre-orderze) zapewne do nich powędruje, bo Post-Apocalyptic Love to indie-pop w najlepszym wydaniu.

Skojarzenia z Davidem Bowie całkowicie na miejscu. Jest nawet kawałek Bowie Eyes. Oprócz tego przyjemne dla ucha zakrawające czasami na 8-bit syntezatory, łagodne rytmiczne gitary i chłopięce wokale. Sam postawię ich na półce obok Charlotte Hatherley i będę słuchał leżąc na sofie. A Was zapraszam do ściągania i kupowania. Jak tylko wejdzie do sklepów.

The Very Sexuals – Post-Apocalyptic Love
Subroutine Records 2008

15:06, bekonowicz , recenzje
Link Dodaj komentarz »
piątek, 05 września 2008

Czesław ŚpiewaCZESŁAW ŚPIEWA to polsko-duński projekt muzyczny, który już swoją nazwą obiecuje dystans i przymrużenie oka. Jedynym stałym członkiem grupy jest Czesław Mozil, dziecinny outsider, który zupełnie nie rozumie świata – żyje jedynie wśród niedorosłych wyobrażeń na jego temat. Czy to tylko imidż, czy Czesiek taki jest na serio – tego nie odgadniemy.

Ponad dwadzieścia lat spędził w Danii, gdzie ukończył Królewską Akademię Muzyczną. Po powrocie do Polski zagrał na akordeonie podczas Hey Unplugged i na czele swojego dziwacznego projektu wydał rewelacyjny Debiut – unikalną mieszankę rocka i muzyki kabaretowej, w której na pierwszy plan nie wysuwa się wcale akordeon i charyzmatyczny wokal Cześka, tylko awangardowa poezja, stanowiąca sedno albumu. Awangardowa dlatego, że teksty piosenek Debiutu pisali na założonym przez Mozila czacie internauci. Każdy dodawał po wersie, a Czesław objął funkcję redaktora-moderatora. Jego ingerencja najwyraźniej była dość głęboka, bo teksty są zaskakująco składne i często zdają się zmierzać do z góry założonej pointy, jednak ogólna poetycka koncepcja jest bardzo oryginalna. Powstało kilka bardzo udanych utworów, którym niedaleko do groteskowej bajki narracyjnej, albo gorzkiego kabaretu. Jest melancholijna Maszynka do świerkania, obdarzona szeroką emocjonalną amplitudą Żaba tonie w betonie i cholernie smutny Wesoły kapelusz. Każda piosenka to ciekawy eksperyment i każdą zdecydowanie warto przesłuchać. Zatem: Cześku, udany debiut! Ja chcę więcej.

Czesław Śpiewa - Debiut
Mystic Production 2008

18:47, bekonowicz , recenzje
Link Dodaj komentarz »

Konkurs infomuzykiBlog istniał dopiero dwa dni, a już został odznaczony jako jeden ze zwycięzców tygodnia w konkursie Zostań redaktorem.

Bardzo dziękuję za wyróżnienie i odpowiadam na komentarz, którym zostało opatrzone: z pewnością zachęci mnie to do dalszej pracy. Obiecuję więcej bardziej zróżnicowanych tekstów, wśród których z pewnością znajdą się kolejne zestawienia, oraz recenzje (pierwsza jeszcze dzisiaj), felietony i od czasu do czasu niespodzianki.

18:41, bekonowicz
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2