|
muzyka alternatywna i okolice
sobota, 20 września 2008
Słuchacze dostrzegli The Verve dopiero kiedy chłopaki spuścili z tonu i wydali legendarne Urban Hymns, które wkrótce stały się ulubioną płytą twórców reklam. Novum polegało na szerokim wykorzystaniu delikatnej muzyki symfonicznej, która kontrastowała z brutalnymi tekstami o życiu i ćpaniu. Gorzka esencja tej płyty zawarła się już w pierwszych jej słowach: "Cause it's a bitter sweet symphony, this life". U szczytu kariery zespół nagle się rozpadł. Lider Richard Ashcroft rozpoczął mało spektakularną solową karierę, a reszta składu całkowicie znikła na ponad dziesięć lat. Wrócili bez zapowiedzi i już tytułem płyty ("Forth" – "Naprzód") dali znać, że na tym się nie skończy. I nawet, jeśli nie zaproponowali nic równie oryginalnego jak "Urban Hymns", to i tak świetnie dali sobie radę. Już okładka tego albumu wprowadza w marzycielską, trochę odległą atmosferę. Wyobrażamy sobie, jak zakładamy słuchawki i odlatujemy w spokojne niebo. Zostaniemy tam do końca, bo cała płyta utrzymana jest w podobnej, łagodnej stylistyce, choć nie brakuje jej popowego feelingu i psychodelicznych nawiązań do początków kariery. Najpierw jest ozdobiony trip-hopowym sznytem Sit and Wonder, przypominający brzmieniem UNKLE (z którym Ashcroft nagrał w 1998 roku kawałek Lonely Soul). Bardziej przebojowy singiel pod numerem dwa – Love is Noise – bazuje na dwóch prostych samplach "uhu" i "aha". Gdyby nie trwał pięć i pół minuty, mógłby z powodzeniem śmigać w porannym radiu. Tekst to kilka prostych, ale bardzo celnych przemyśleń o miłości. Numery trzy do pięć noszą delikatne znamiona wypełniaczy, ale ewentualne negatywne odczucia szybko odchodzą w niepamięć przy dźwiękach szóstki – I see houses. Skojarzenia z poprzednim albumem jak najbardziej uzasadnione. Wszystko zasadza się na prostej perkusji, minimalistycznym fortepianie, dyskretnym symfonicznym tle i magicznym wokalu, przechodzącym niekiedy do recytacji. Noise Epic to hołd złożony początkom istnienia kapeli. Nick McCabe podkręcił przester i bawi się sprzężeniami. Wokal przechodzi przez masę efektów, które pozwalają zbudować psychodeliczny majstersztyk w nowoczesnym stylu. W kontrapunkcie dla jadącej na ciągłym przepięciu gitarze plumka schowany za ścianą dźwięku bas. W końcowej szarży przypomina o sobie perkusista, zamiatający płaskimi, szybkimi uderzeniami. Kawałek zamyka się mantrowym "Wake up!". Zaraz potem przychodzi ukojenie i powtarzające się od czasu do czasu odjazdy w stylu Sonic Youth z okresu Daydream Nation. Finalnie zostaje wrażenie zupełnego luzu. Żółtawe chmury rozwiewają się w ostatnich, melancholijnych zwrotkach Appalachian Springs i łagodnych gitarowych sprzężeniach. Można wstać i wrócić do codziennych czynności, ale już uzbrojonym w dużą dawkę spokoju i dystansu. The Verve - Forth O Klaudii Kulawik wie już cała Polska. Kilka minut w TVNie wystarczyło, żeby drzwi do sławy zostały otwarte. Teraz trzeba jeszcze przez nie przejść. Klaudia ma świetny głos i masę pokory. Szkopuł w tym, że nie wygląda na osobę z charakterem. Co się zresztą dziwić. Ma dopiero jedenaście lat i mieszka w małej miejscowości Chechło koło Pustyni Błędowskiej. Modlę się, żeby "specjaliści", którzy być może wezmą jej talent do obróbki, nie zrobili z niej drugiej Kasi Cerekwickiej. Klaudia zaśpiewała Dziwny jest ten świat z 1967 roku. Sztandarowa piosenka Czesława Niemena. Jej tekst nie jest może wybitny, ale dzięki świetnej muzyce zyskuje na sile. Co ciekawe, kawałek It's a man's man's man's world mojego ulubieńca Jamesa Browna jest momentami bardzo podobny do piosenki Niemena, a powstał rok wcześniej (1966). Chyba można podejrzewać Niemena o lekką inspirację. Z całym szacunkiem. Czesław Niemen
James Brown
poniedziałek, 15 września 2008
Szkoda, że nie ma w Polsce więcej dobrych talk-showów, ale co się dziwić. Gwiazd, z którymi można by pogadać, jest niewiele, a reszta to plankton. Jedynym aktywnym polskim showmanem, który ma charyzmę i coś do powiedzenia jest Kuba "Kubek" Wojewódzki, urodzony w tym samym roku co Kazik Staszewski (którego szanuję) i Muniek Staszczyk (do którego podobno jestem strasznie podobny).
sobota, 13 września 2008
Nieopatrznie, podczas pisania ostatniej notki, obudziłem NOSTALGIĘ. NOSTALGIA to potężna siła, po której nie wiadomo czego się spodziewać. Czasami porywa do działania, ale znacznie częściej sprowadza gnuśność i apatię. Krytycy muzyczni (zwłaszcza polscy) wiecznie czują na plecach smutne sapanie NOSTALGII. Nic dziwnego, bo kiedyś faktycznie było lepiej. Lata dziewięćdziesiąte były najlepszym okresem w polskiej muzyce. Festiwale nie zdążyły się zdziwczyć. W szczytowej formie byli Budka Suflera, Perfekt, T.love (kto pamięta Szwagierkolaskę?). Potem giganci przestali tańczyć (ze starości) i została pusta scena. Wkroczyła na nią NOSTALGIA. Bez problemu znalazła miejsce wśród oderwanych od próbujących zatrzymać czas mediów. Potem wydała na świat radio Złote Przeboje, zabrała Niedźwieckiego Trójce i wciąż sieje apatię. Średniaki, zamiast słuchać skostniałego radia, słuchają Eski, ściągają zagraniczne MP3 i robią kiepskie zrzynki z Anglosasów. Nawet najdrobniejsze przebłyski geniuszu przechodzą bez echa i zaszywają się w podziemiu, bo radia wolą hamować recesję w Stanach, niż przejmować się losami młodych Polaków. Albo, ku czci przeklętej NOSTALGII, uciekać w przykurzone starocie. Ile można, pytam. Ile można.
piątek, 12 września 2008
Pierwszy powiew jesieni zawsze oznacza to samo - wspominki. Każdy ma jakieś wspomnienia z dzieciństwa. Moje jeszcze nie zdążyły pokryć się szlachetną patyną, a już czuję sentyment do rodzinnych kaset Budki Suflera i Perfektu; do starego Radia Zet; do nocnych audycji, kiedy wracaliśmy z wakacji; do Republiki (śpij spokojnie, Grzesiek), Sztywnego Pala. Do Lady Pank (wstydźcie się). Chętnie zaprosiłbym Was do siebie na jesienne wspominki muzyczne. Niestety to niemożliwe. Ale na szczęście jest youtube...
Najlepiej pamiętam Budkę Suflera. Udało im się odejść w dobrym stylu. Byli gigantami, którzy zapisali kawał historii polskiego rocka i kawałeczek - mojego życia.
Tym razem nie Autobiografia. Będzie, jak na pisanie o Perfekcie, nietypowo. Wyspa, drzewo, zamek. Wyjątkowo melancholijnie. Jesiennie.
Tutaj miałem największy problem. Który kawałek wybrać...? Mniej znany? To może John Belushi. A może właśnie ten, który zna każdy? Kryzysową Narzeczoną?
Na koniec trochę oszukam. Wcale nie znam tego numeru X lat. To dla mnie świeże wspomnienie z ubiegłych wakacji, kiedy wracałem ze znajomymi z Białej Podlaskiej. Pędziliśmy szybko między polami. Zatrzymaliśmy się na sianokosie za stacją, żeby poleżeć pod błękitnym niebem, powspinać się na wielkie snopki. Średnia wieku koło 23. A wspomnienia takie, których nigdy nie zapomnę.
czwartek, 11 września 2008
Spośród muzyków, którzy noszą nazwisko O'Connor, na szczęście nie tylko Sinéad ma coś do powiedzenia. Jest jeszcze Jordan O'Connor - jazzman, który nagrał album z ośmioma improwizacjami opartymi prawie wyłącznie na brzmieniu kontrabasu i ciszy. Udało mu się przy tym uchwycić klimat kameralnego jamu, którego nawet nie wyczyścił ze dyskretnych pomrukiwań i pacnięć w pudło instrumentu. Gdybym trochę lepiej znał się na teorii jazzu, zasypałbym was pewnie masą intelektualnej masturbacji, ale tak mogę jedynie polecić ściągnięcie albumu za darmo z sieci, założenie słuchawek i spokojny chillout z herbatką przy lampce. Tylko uwaga na psychodeliczną pointę. Jordan O'Connor - Lebreton 5 podstawowych powodów, dla których kocham Róisín Murphy:
sobota, 06 września 2008
![]()
Darmowa muzyka przeważnie jest gówniana, więc odnalezienie w sieci czegoś wartego uwagi sprawia podwójną przyjemność. Frajda jest jeszcze większa, kiedy trafia się na profesjonalnych artystów, którzy pozostawiają słuchaczowi wybór: możesz posłuchać naszej muzyki za darmo w sieci i na tym poprzestać, ale jeśli chcesz, możesz też kupić nasz album i dać nam zarobić. Słuchacz czuje się potraktowany fair, bo ma przed zakupem szansę dokładnie sprawdzić, za co płaci i czuje, że to artyście zależy na nim, a nie na odwrót. Ale nie wszyscy muzycy mogą sobie na to pozwolić – potrzeba pewnej renomy, żeby nawet pomimo umieszczenia muzyki za darmo w sieci zarobić i wyjść na swoje (Radiohead), albo wystarczającej kupy pieniędzy, żeby wydanie jednego albumu za darmo nie było aż tak bolesne (Nine Inch Nails). Kiedy The Very Sexuals udostępniają swoją debiutancką płytę za darmo, sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Nie mają ani renomy, ani (zapewne) kupy pieniędzy. Po prostu chcą być fair i tym uprzejmym zagraniem zaskarbić sobie uwagę i zawartość portfeli słuchaczy. I moje 12,5€ (razem z wysyłką w pre-orderze) zapewne do nich powędruje, bo Post-Apocalyptic Love to indie-pop w najlepszym wydaniu. Skojarzenia z Davidem Bowie całkowicie na miejscu. Jest nawet kawałek Bowie Eyes. Oprócz tego przyjemne dla ucha zakrawające czasami na 8-bit syntezatory, łagodne rytmiczne gitary i chłopięce wokale. Sam postawię ich na półce obok Charlotte Hatherley i będę słuchał leżąc na sofie. A Was zapraszam do ściągania i kupowania. Jak tylko wejdzie do sklepów. The Very Sexuals – Post-Apocalyptic Love
piątek, 05 września 2008
Ponad dwadzieścia lat spędził w Danii, gdzie ukończył Królewską Akademię Muzyczną. Po powrocie do Polski zagrał na akordeonie podczas Hey Unplugged i na czele swojego dziwacznego projektu wydał rewelacyjny Debiut – unikalną mieszankę rocka i muzyki kabaretowej, w której na pierwszy plan nie wysuwa się wcale akordeon i charyzmatyczny wokal Cześka, tylko awangardowa poezja, stanowiąca sedno albumu. Awangardowa dlatego, że teksty piosenek Debiutu pisali na założonym przez Mozila czacie internauci. Każdy dodawał po wersie, a Czesław objął funkcję redaktora-moderatora. Jego ingerencja najwyraźniej była dość głęboka, bo teksty są zaskakująco składne i często zdają się zmierzać do z góry założonej pointy, jednak ogólna poetycka koncepcja jest bardzo oryginalna. Powstało kilka bardzo udanych utworów, którym niedaleko do groteskowej bajki narracyjnej, albo gorzkiego kabaretu. Jest melancholijna Maszynka do świerkania, obdarzona szeroką emocjonalną amplitudą Żaba tonie w betonie i cholernie smutny Wesoły kapelusz. Każda piosenka to ciekawy eksperyment i każdą zdecydowanie warto przesłuchać. Zatem: Cześku, udany debiut! Ja chcę więcej. Czesław Śpiewa - Debiut
Bardzo dziękuję za wyróżnienie i odpowiadam na komentarz, którym zostało opatrzone: z pewnością zachęci mnie to do dalszej pracy. Obiecuję więcej bardziej zróżnicowanych tekstów, wśród których z pewnością znajdą się kolejne zestawienia, oraz recenzje (pierwsza jeszcze dzisiaj), felietony i od czasu do czasu niespodzianki. |
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
|